Zlekceważenie postulatów robotniczych, a zwłaszcza arogancja władzy okazana zgromadzonym na masówkach robotnikom w dniu 27 czerwca, spowodowały, że pracownicy ZISPO postanowili zastrajkować. Udający się rankiem w dniu 28 czerwca do pracy rozmawiali między sobą, że trzeba podjąć radykalne kroki, bo „to się raz musi skończyć”. Nastroje były zdecydowanie złe, a ludzie zdeterminowani. Wskazywano, że trzeba podjąć radykalne działania przed końcem czerwca, dopóki w mieście trwały Międzynarodowe Targi Poznańskie, co dawało szansę na nagłośnienie protestu poza granicami Polski. Miał to być też element nacisku na władze, które powinny obawiać się skandalu na międzynarodową skalę. Liczono właśnie na to, że w obawie przed międzynarodową kompromitacją władze będą skłonne uwzględnić żądania i zrobią wszystko, by nie doszło do strajku. Nastroje były więc bojowe. O godzinie 6.30 syrena fabryczna dała hasło do strajku. Wezwanie spotkało się z natychmiastowym odzewem i prawie cała załoga zgromadziła się na masówce, a następnie wyszła na ulice. Strajkowało 80% robotników zakładu. Ogromny, liczący ponad 10 tysięcy osób pochód udał się do centrum miasta. Robotnicy chcieli w ten sposób zamanifestować swoje niezadowolenie i zmobilizować władze do ustępstw. Symboliczny wymiar miało zdjęcie z bramy głównej nazwy zakładu („Zakłady im. Józefa Stalina”). Maszerujący wznosili okrzyki: „My chcemy chleba, jesteśmy głodni, precz z wyzyskiem świata pracy”, „Chcemy żyć jak ludzie, żądamy podwyżki płac, obniżki cen, precz z normami”. Z czasem zaczęły się pojawiać także hasła polityczne w rodzaju: „Chcemy wolnych wyborów pod kontrolą ONZ”, „Chcemy Mikołajczyka”, „Precz z Ruskimi”, „My chcemy Boga, żądamy religii w szkołach”. Śpiewano pieśni religijne i patriotyczne. Celem marszu był położony w centrum miasta zamek, w którym mieściła się siedziba Miejskiej Rady Narodowej. W budynku obok był Komitet Wojewódzki PZPR, a w gmachu dzisiejszego uniwersytetu – Wojewódzka Komenda Milicji Obywatelskiej. Było to więc rzeczywiste centrum władzy w mieście. Do strajkujących dołączały załogi innych zakładów, a także przypadkowi przechodnie. Wszyscy uczestnicy protestu i obserwujący marsz mieszkańcy zgodnie podkreślają, że w czasie przemarszu panował wzorowy porządek. Pierwsze grupy demonstrantów dotarły przed zamek około godziny 8.00, a główny pochód – koło 9.00. Jego liczebność szacuje się na około 100 tysięcy osób. Tłum czekał spokojnie na przybycie do Poznania przedstawicieli władz centralnych, żądano bowiem przyjazdu I sekretarza KC PZPR Edwarda Ochaba lub ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza. Czas jednak mijał, a nikt z władz nie próbował rozmawiać z robotnikami. Nastroje powoli się więc radykalizowały. Sytuacja stawała się coraz poważniejsza. Spontanicznie wyłoniona delegacja udała się do gabinetu przewodniczącego MRN i tam przedstawiła mu żądania strajkujących. Następnie przedstawiciele protestujących udali się do KW PZPR. Inna grupa demonstrantów weszła do Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej. Nie napotkała tam oporu i po skontrolowaniu pokoi, razem z częścią milicjantów, wyszła z gmachu, co zostało przez zgromadzonych powitane okrzykami „Milicja z nami”. Kolejna grupa demonstrantów udała się na teren Międzynarodowych Targów Poznańskich, by pokazać zagranicznym gościom swój protest. Mieli nadzieję, że dzięki nim o demonstracji dowie się cały świat. Dlatego też do obcokrajowców odnoszono się bardzo przyjaźnie. Z transparentem „My chcemy chleba” strajkujący przemaszerowali przez teren i wyszli na ul. Grunwaldzką.
Tymczasem sytuacja na placu przed zamkiem stawała się coraz poważniejsza, a nastroje się pogarszały. Wznoszono coraz bardziej radykalne hasła w rodzaju: „My chcemy wolności”, „Chcemy wolnej Polski”, „Precz z niewolą”, „Precz z dyktaturą”, „Żądamy wolnych wyborów pod kontrolą ONZ”, „Niech żyje Mikołajczyk”, ale także „Precz z komunistami”, „Precz z Rosjanami”, „My chcemy Boga”, „Żądamy religii w szkole”. Śpiewano też pieśni religijne. Postawa tłumu stawała się coraz bardziej radykalna i zdeterminowana. Trudno było się dziwić takiemu rozwojowi sytuacji. Zgromadzeni mieli przecież świadomość, że swym protestem już złamali wszystkie paragrafy restrykcyjnego Kodeksu karnego, w którym większość zagrożona była karą wieloletniego więzienia aż do kary śmierci włącznie. Rozumiano też doskonale, że jeśli protest nie zakończy się sukcesem, to do kontrataku przystąpi władza, poddając uczestników manifestacji represjom. Jeśli więc już przełamano barierę strachu, to najradykalniejsza część demonstrantów mogła odważyć się na wiele. Potrzebna była tylko iskra. Stała się nią plotka o aresztowaniu delegacji robotniczej. Z natychmiastową reakcją tłumu spotkało się więc wezwanie do marszu na więzienie i uwolnienie więźniów. Realia okresu stalinizmu plotkę taką czyniły wiarygodną. Pod hasłem „Idziemy uwolnić naszych braci” kilka tysięcy osób udało się w kierunku więzienia na ul. Młyńską. Do zdobycia budynku początkowo nie doszło. Demonstranci dotarli tu ponownie około godziny 11.00. Tym razem nie poprzestali na okrzykach, próbując wedrzeć się na teren zakładu karnego. Brak reakcji na zaistniałą sytuację ze strony uzbrojonych strażników spowodował, że młodsi demonstranci przeskoczyli mur i otwarli bramę. Tłum wdarł się na teren więzienia i uwolnił 257 osadzonych. Po rozbiciu zakładu karnego demonstranci weszli także do budynków, w których mieścił się sąd i prokuratura. Z pokoi wyrzucano przez okna na ulice akta sądowe. Inna grupa udała się w kierunku ul. Dąbrowskiego z zamiarem zniszczenia radiostacji zagłuszającej nadawane w języku polskim audycje z Zachodu.
Najbardziej znienawidzoną przez społeczeństwo instytucją w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych był Urząd Bezpieczeństwa. Budził on powszechny strach ze względu na to, że funkcjonariusze UB dokonywali aresztowań często niewinnych ludzi, we wszystkich problemach doszukując się spisku mitycznego „wroga”. Aresztowani byli w nieludzki sposób bici w czasie przesłuchań, wiele osób ginęło bez sądu. Grupy demonstrantów pojawiły się przed gmachem UB na ul. Kochanowskiego już około godziny 9.30. Nie podejmowano jednak żadnych działań, tylko obserwowano budynek. Główna grupa manifestujących dotarła przed gmach UB około godziny 10.30. Wznoszono okrzyki „Precz z komuną”, „Precz z Ruskimi”, ale także już konkretnie pod adresem UB: „Precz z pachołkami komunistycznymi”, „Precz z katami narodu”. Tym razem demonstrantom nie udało się jednak wejść do środka. Gmach UB był bowiem zamknięty i przygotowany do obrony. Zgromadzeni ludzie rzucali w kierunku budynku kamienie. Około godziny 11.00 z gmachu padły pierwsze strzały, raniąc protestujących. W odwecie tłum próbował podpalić budynek, obrzucając go butelkami z benzyną. Na odgłos strzałów na ul. Kochanowskiego dotarli uzbrojeni demonstranci, którzy zdobyli więzienie. Wśród zgromadzonych krążyła pogłoska, że w całym kraju wybuchły zamieszki i obalono władzę komunistów, a poznański UB to ostatni broniący się bastion starego porządku. Rozpoczęło się oblężenie. W budynkach wokół siedziby UB powstały posterunki ogniowe, z których strzelano w kierunku gmachu. Próbowano też budować barykady, by chronić się przed ogniem z budynku UB. Nasilenie się strzelaniny przyniosło pierwsze ofiary śmiertelne. Ranne zostały dwie tramwajarki trzymające biało-czerwony sztandar. Podniósł go mały chłopiec i mimo strzelaniny trzymał, stojąc przed gmachem UB. Zgromadzeni okrzykami wyrażali swój podziw dla jego odwagi. W trakcie walk rannych przybywało, było wśród nich wiele dzieci. Z rąk funkcjonariusza bezpieczeństwa zginął 13-letni chłopiec – Romek Strzałkowski, zastrzelony w dyspozytorni UB.
Obleganie gmachu UB, a następnie wybuch walk spowodowały interwencję wojska. Na odsiecz obleganym funkcjonariuszom przybyli żołnierze z mieszczącej się w Poznaniu Oficerskiej Szkoły Wojsk Pancernych i Zmechanizowanych. Pierwsze czołgi na ul. Kochanowskiego nie zdołały zastraszyć atakujących i szybko zostały przez nich opanowane. Tłum przyjął żołnierzy przyjaźnie, krzycząc „wojsko z nami”. Drugi rzut czołgów, który dotarł w tę okolicę, nie bratał się już z demonstrantami. Tłum starał się więc rozbrajać żołnierzy. Nie wykorzystano natomiast czołgów przeciwko UB, nie było w nich bowiem amunicji do dział.
Zaciętość i przedłużanie się walk wokół gmachu UB powodowały, że protestujący zaczęli szukać broni i amunicji. Spontanicznie tworzyły się następne grupy, które rozjechały się po mieście z zamiarem zajęcia posterunków milicji, by w ten sposób uzyskać broń. Działania te kończyły się niekiedy sukcesem, innym razem posterunki – ostrzeżone o takiej możliwości – broniły się, nie dopuszczając do rozbrojenia. Grupy demonstrantów szukały oręża także poza Poznaniem.
Władze w Warszawie były od wczesnego rana informowane o sytuacji w Poznaniu. Początkowo jednak nikt się nie spodziewał, że sytuacja stanie się aż tak poważna. Czekano więc na rozwój wypadków, licząc na to, że tłum uda się uspokoić. Niezależnie od rozwoju sytuacji nikt nie planował prowadzenia rozmów z protestującymi. Jednak szybko okazało się, że protest się nasila i potrzebne będą nadzwyczajne rozwiązania. Dla ówczesnych władz było oczywiste, że nie mogło to być udanie się na rozmowy do Poznania Ochaba czy Cyrankiewicza, czego domagali się demonstranci. Zaskoczone skalą protestu społecznego władze centralne zadziałały zgodnie z zasadami postępowania w sytuacjach kryzysowych – zwołano na godzinę 10.00 posiedzenie Biura Politycznego KC PZPR – organu mogącego podjąć każdą decyzję. Było to o tyle dziwne, że Edward Ochab otrzymał informacje o sytuacji w Poznaniu już około godziny 7.00 rano. Co ciekawe, jeszcze przed wspomnianym posiedzeniem zgłosił się do niego minister obrony narodowej marszałek Konstanty Rokossowski z informacją, że w Poznaniu milicja i funkcjonariusze bezpieczeństwa nie mogą sobie poradzić, i zaproponował użycie wojska do pacyfikacji demonstracji, twierdząc, że jeśli dostanie wolną rękę, to załatwi sprawę Poznania. Jeszcze bardziej interesujące jest, że zgodę taką od Ochaba otrzymał. Przypomnijmy: o godzinie 9.00–9.30 demonstranci w Poznaniu ciągle jeszcze stali na placu w centrum miasta i nie dokonywali wówczas żadnych zniszczeń. Nie atakowano też urzędów. Nie było więc powodów do ich „pacyfikowania”. Obrady plenum rozpoczęły się o godzinie 10.00. Omówiono sytuację w Poznaniu. Wezwano też na posiedzenie generała Stanisława Popławskiego i polecono mu udać się do Poznania w celu koordynacji akcji wojskowej. Biuro podjęło też decyzję o wysłaniu do Poznania delegacji partyjno-rządowej z Józefem Cyrankiewiczem na czele. Nie było to jednak spełnienie oczekiwań strajkujących Poznaniaków, lecz powołanie ciała mającego kierować pacyfikacją na miejscu. Na mocy decyzji partyjnej do miasta skierowano dwie dywizje pancerne, przebywające w tym czasie na poligonie w Biedrusku pod Poznaniem. Miały tu dotrzeć także dwie dywizje piechoty z poligonu w Wędrzynie koło Słubic. Około godziny 14.00 do Poznania przyleciał samolotem kierujący akcją pacyfikacyjną generał Popławski, obejmując dowództwo nad wojskami działającymi w mieście. Powołał też komitet bezpieczeństwa, złożony zarówno z wojskowych, jak i przedstawicieli władz w Poznaniu. W tym samym czasie do miasta przylecieli przedstawiciele partyjni: Józef Cyrankiewicz, Jerzy Morawski i Wiktor Kłosiewicz. Dołączył do nich przebywający w tym czasie w Poznaniu Edward Gierek. Przygotowując interwencję, alarm dla oddziałów na Biedrusku ogłoszono już o 11.30. Żołnierzom wydano broń i ostrą amunicję, a także informowano ich, że w Poznaniu wybuchły proniemieckie zamieszki mające na celu oderwanie Wielkopolski od państwa polskiego. Wspominano o ulotkach w języku niemieckim, rozrzucanych przez „faszystów”. Główne siły obu dywizji z poligonu w Biedrusku docierały do Poznania po godzinie 16.00 i zostały skierowane w najważniejsze rejony walk oraz do ochrony wybranych obiektów w mieście. Na widok żołnierzy mieszkańcy zachowywali się wrogo, krzycząc: „Przeciwko komu jedziecie, to robotnicy obalają władzę”, „Nie strzelajcie do braci. Jesteście Polakami, nie mordujcie naszych synów”. Powszechnie wyrażano też przekonanie, że interweniują wojska radzieckie, Polacy nie strzelaliby przecież do rodaków. W tym samym czasie w różnych punktach miasta trwały jeszcze demonstracje. Pojawienie się wojska przechyliło szalę na korzyść władzy. Główna część została skierowana w rejon ulic Dąbrowskiego i Kochanowskiego, gdzie trwały walki. Mimo silnego oporu odblokowano budynek UB. W następnych godzinach wojsko likwidowało też kolejne punkty ogniowe Do rozpędzania tłumów używano gazów łzawiących. Około godziny 17.30 rejon ul. Kochanowskiego został opanowany przez wojsko. Nie oznaczało to jednak zakończenia walk, bowiem pojedyncze stanowiska ogniowe ostrzeliwały żołnierzy jeszcze w nocy z 28 na 29 czerwca i w ciągu następnego dnia. Nad ranem 29 czerwca strzelano ponownie wokół siedziby UB na ul. Kochanowskiego. Na ulicach pozostały pospiesznie budowane barykady, przewrócone tramwaje.
Władzom zależało na schwytaniu wszystkich uczestników zamieszek, dlatego też w nocy zablokowano drogi wyjazdowe. Miasto było spacyfikowane. Finał walk nie mógł być inny. W sumie w protestach wzięło więc udział kilkaset osób. Reszta demonstrantów na odgłos pierwszych strzałów zaczęła się rozchodzić do domów lub wracać do swych zakładów pracy. Część gromadziła się poza rejonami zamieszek, żywo dyskutując. Do walki z manifestantami władze skierowały ogromne siły: w nocy dotarły do Poznania dwie kolejne dywizje wojska. W sumie władze miały do dyspozycji w Poznaniu ponad 12 tysięcy żołnierzy i funkcjonariuszy. Co ważne, były to osoby odpowiednio przygotowane i przeszkolone, zwłaszcza w obchodzeniu się z bronią. Dysponowali też ogromną ilością sprzętu, wśród niego było ponad 350 czołgów, 31 samobieżnych dział pancernych, 30 transporterów opancerzonych. Mimo że bezpośredni udział w walkach wzięło tylko kilkaset osób, to jednak nastroje wśród Poznaniaków były przychylne dla protestujących i bardzo niechętne władzy. Tłum z aprobatą odnosił się do walczących, pochwalał ich determinację i zachęcał do aktywności. Podchwytywano też wszelkie hasła wygłaszane przez protestantów. Bilans walk w Poznaniu był tragiczny. Już po godzinie 10.00 do szpitali przywieziono pierwszych rannych. Ich liczba szybko rosła. W placówkach zaczęło brakować miejsc, pacjentów umieszczano wiec na korytarzach, a później kierowano do innych szpitali. Lżej rannych po opatrzeniu kierowano do domów. Przez cały czas pracowały intensywnie wszystkie zespoły lekarzy, prowadząc operacje najciężej rannych. Mimo ogromnego poświęcenia nie wszystkich udało się uratować. Personel szpitala miał też świadomość, że gdy tylko sytuacja się uspokoi, rannymi zainteresuje się Służba Bezpieczeństwa. Nie odnotowywano więc wszystkich przypadków zgłoszenia. Często zmieniano dokumentację medyczną, by wynikało z niej, że pacjenci zostali przyjęci przed 28 czerwca lub że przyczyna ich pobytu w szpitalu nie wiązała się z udziałem w walkach. Pomocy udzielały placówki służby zdrowia w kilku punktach miasta. Rannych na ulicach opatrywały pielęgniarki, nie wszyscy chcieli bowiem trafić do szpitala. Żadna ze stron konfliktu nie strzelała do pracowników służby zdrowia, pozwalając na udzielanie pomocy. Otrzymali ją także ranni w gmachu UB, co z pewnością wymagało dużej odwagi od udających się tam pielęgniarek. Do dziś nie jest znana dokładna liczba zabitych. Pierwotnie mówiono o 55 ofiarach. Na początku lat osiemdziesiątych zestawiono listę 74 ofiar, zmienioną następnie na 73. Z całą pewnością nie jest to jednak liczba ostateczna. Do dziś nie udało się zweryfikować informacji o innych ofiarach śmiertelnych, np. o 19 oficerach i żołnierzach rozstrzelanych na Ławicy za przejście na stronę demonstrantów czy kilkunastu zabitych, których zwłoki wywieziono z gmachu UB w nocy z 28 na 29 czerwca. Walki w Poznaniu spowodowały też znaczne straty materialne. W pierwszej części demonstracji nie dochodziło do żadnych ekscesów, a demonstranci sami dbali o porządek. Zniszczeń nie dokonano nawet w gmachu KW PZPR czy Wojewódzkiej Komendzie Milicji Obywatelskiej. Protestujący zniszczyli celowo tylko urządzenia zagłuszające nadawane z zachodu audycje radiowe. Poważniejsze zniszczenia pojawiły się natomiast po zdobyciu więzienia oraz sądu i prokuratury. Manifestanci demolowali cele i pokoje, niszczono też wyposażenie mieszkań funkcjonariuszy UB, choć, co ważne, nie dokonano samosądu na funkcjonariuszach przebywających w swych lokalach. Na niewielką skalę dokonywano natomiast kradzieży, działania takie spotykały się bowiem z natychmiastową negatywną reakcją demonstrantów.
W kolejnych dniach stopniowo odradzało się życie w mieście. Zaczęła funkcjonować miejska komunikacja, otwierano sklepy. Ponownie otwarto Międzynarodowe Targi Poznańskie. Ruszyły także pociągi. W tym samym czasie zrozpaczeni mieszkańcy miasta szukali swych bliskich w szpitalach i kostnicach. Nie wszędzie jednak mogli wejść, dostępu bronili bowiem funkcjonariusze UB. W następnych dniach odbyły się także pierwsze pogrzeby ofiar. Niektóre zostały zorganizowane przez władze państwowe. Po ich zakończeniu z miasta wycofały się oddziały wojskowe. Dla ochrony najważniejszych obiektów zatrzymano jedną dywizję.
Po pacyfikacji władze natychmiast przystąpiły do ofensywy propagandowej. Bezprecedensowe wydarzenie, a zwłaszcza zbrojną walkę z władzą, trzeba było odpowiednio przedstawić własnemu społeczeństwu. Jeszcze w czwartek – 28 czerwca – Miejska Rada Narodowa wydała odezwę skierowaną do mieszkańców miasta, w której zawarto pierwszą ocenę. W sposobie myślenia tkwiła ona głęboko w stalinizmie. Pisano w niej: „Grupa prowokatorów faszystowskich i chuliganów wywołała zamieszki w kilku punktach naszego miasta. Celem chuliganów była próba skompromitowania nas w oczach zagranicy. […] Wichrzyciele chcieli wykorzystać niezadowolenie robotników, […] aby pociągnąć ich do zamieszek. Jednak podstawowe masy robotników i pracowników Poznania nie dały się wziąć na lep prowokacji. Próby zamieszek zostały przez władze i robotników Poznania stłumione. […] ponieważ jednak […] w kilku punktach miasta grasują prowokatorzy i złoczyńcy, władze są zmuszone wystąpić z całą ostrością dla przywrócenia spokoju”. Jednak najbardziej zaskakujące dla mieszkańców Poznania było wystąpienie premiera J. Cyrankiewicza. Nie wykazał on chęci rozmowy z demonstrantami w czasie protestu, za to teraz robił wszystko, by pokazać determinację władzy. W dniu 29 czerwca rozgłośnia Polskiego Radia w Poznaniu nadała jego przemówienie, w którym oceniał zaistniałą sytuację: „Mówię do was z głębokim bólem, bo to nasze piękne, znane ze swej pracowitości, z patriotyzmu i zamiłowania do porządku miasto stało się terenem zbrodniczej prowokacji, krwawych zajść, które wstrząsnęły sumieniem każdego uczciwego Poznaniaka, każdego Polaka, i które społeczeństwo z całych swych sił stanowczo potępia. Mówimy ze sobą szczerze i wcale nie trzeba ukrywać faktu, że zbrodniczy prowokatorzy wykorzystali istniejące bezsprzecznie bolączki i niezadowolenie w niektórych zakładach pracy z powodu trudności ekonomicznych i rozmaitych dokuczliwych nieraz bolączek”. Premier kłamał przy tym, że decyzja o naprawieniu „błędów” została podjęta już kilka dni wcześniej przez partię i rząd, bowiem zgłoszone przez delegację ZISPO słuszne postulaty robotników nie zostały przez przedstawicieli rządu załatwione pozytywnie. Kłamstwo było mu jednak potrzebne, by wykazać bezpodstawność protestu. Chcąc zrzucić winę na mitycznego „wroga”, dodawał, że „nie przeszkodziło to prowokatorom w zorganizowaniu w czwartek demonstracji, którą od dawna przygotowywali także przy pomocy przyjezdnych organizatorów”. W dalszej części przemówienia odwrócił role, wskazując, że agenci chcieli nie dopuścić do realizacji tych postulatów, przygotowując zbrojne „porwanie się na władzę ludową”. Nadal kłamał, twierdząc, że w momencie rozpoczęcia walk prawdziwi robotnicy nie przyłączyli się do „imperialistycznych prowokatorów”, ale poparli swoją władzę. Pochwalił za to bohaterską postawę milicji i pracowników bezpieczeństwa, którzy mimo prowokacji zachowywali się niezwykle powściągliwie i „do ostatniej chwili unikali użycia broni palnej, dopóki nie zostali zaatakowani strzałami napastników, rozzuchwalonych spokojnym reagowaniem organów władzy”. Dodawał też, że surowe środki w postaci interwencji wojskowej zostały przez władze zastosowane wyłącznie w celu obrony życia i mienia obywateli. Najbardziej drastycznym zwrotem była groźba „odrąbywania rąk, które odważyłyby się podnieść przeciwko władzy ludowej”. Oczywiście nie chodziło w tym momencie o Poznaniaków, miasto było już spacyfikowane. Premier groził robotnikom z innych ośrodków w kraju, by zniechęcić ich do walki o poprawę swego losu.
W kolejnych dniach do ofensywy przystąpiła partia, chcąc konsekwentnie wykazać, że „poznańska prowokacja” była dziełem agentów i nie miała nic wspólnego z klasą robotniczą. Takie masówki odbywały się w całym województwie. Zgromadzeni pracownicy zakładów uchwalali przygotowane wcześniej przez działaczy partyjnych rezolucje, które następnie były przesyłane do KW PZPR w Poznaniu. W większości z nich powielano dokonaną przez władzę ocenę wydarzeń. Do ofensywy propagandowej włączyła się także prasa.
Władze bardzo skrupulatnie monitorowały sytuację w zakładach pracy, zwłaszcza tych, które aktywnie uczestniczyły w proteście. Kluczowe dla postawy mieszkańców były nastroje w największym zakładzie pracy – w Cegielskim. Było to bardzo ważne, ponieważ załoga nie mogła pogodzić się z sytuacją. Nie zapomniała też o swoich przywódcach. W dniu 4 lipca do kierownika Fabryki Wagonów W-3 o godzinie 10.00 przybyła delegacja robotników i zażądała uwolnienia aresztowanego Stanisława Matyi.
Dzień później pracowały już wszystkie zakłady w dzielnicy, choć nie całe załogi dotarły do pracy. Nie oznaczało to jednak uspokojenia nastrojów. Także załoga ZNTK nie chciała w tym dniu pracować, podkreślając, że ich postulaty nie zostały załatwione. Również w trzecim z zakładów, który odegrał dużą rolę w Czerwcu – MPK – sytuacja nie była spokojna.
Ferment ogarnął także wieś. Jak relacjonowały komitety powiatowe: „Mocno aktywizują się wrogie elementy, jak kułactwo, ci, którzy kiedyś byli karani za niewykonanie obowiązkowych dostaw, którzy puszczają pogłoski, że sytuacja musi bezwzględnie ulec zmianie, w szczególności tam najwięcej się aktywizuje, gdzie były kiedyś koła PSL i szczególnie ci z byłego PSL podnoszą swój głos do góry, krytykując to wszystko, co myśmy zrobili, również w obecnym okresie zaczyna się aktywizować kler przeciwko władzy ludowej”. Zbierano nawet podpisy pod petycją o przywrócenie religii w szkołach. W całej Wielkopolsce odnotowano wzmożone występowanie ze spółdzielni produkcyjnych.
W ocenie władz partyjnych we wszystkich powiatach województwa 30 czerwca panował już spokój i praca przebiegała normalnie. Przerywały ją tylko pospiesznie organizowane masówki. Oczywiście większość ludności zdecydowanie potępiała na nich „poznańską prowokację”.
W całym województwie pojawiły się też tendencje do występowania z partii. Nawoływano nawet, aby niszczyć legitymacje partyjne, by nie pozostał ślad, kto był w partii. Nad regionem latały samoloty, które zrzucały ulotki skierowane do społeczeństwa polskiego, a także odezwy do żołnierzy i oficerów radzieckich.
Protest poznańskich robotników odbił się szerokim echem w całej Polsce. W pierwszych dniach najpopularniejsze były plotki dotyczące przebiegu strajku. W następnym okresie Poznań stał się inspiracją do starań o poprawę warunków. Załogi wielu zakładów w Polsce żądały spełnienia swych postulatów ekonomicznych, grożąc, ze w razie odmowy urządzą „Drugi Poznań”.
Stłumienie protestu umożliwiło władzom przystąpienie do kontrataku. Funkcjonariusze UB i MO już wieczorem 28 czerwca dokonywali pierwszych aresztowań. W celu gromadzenia aresztowanych urządzono na lotnisku Ławica punkt filtracyjny. Tam też przywożono zatrzymanych, a prokuratorzy po wstępnych przesłuchaniach decydowali o ich dalszym losie. Niektórych zwalniano, innych zaś kierowano do więzień i aresztów. W czasie protestu w tłumie było wielu funkcjonariuszy UB, którzy fotografowali zajścia. Następnie zdjęcia ułożono na stołach i zatrzymani mieli je oglądać, wskazując znane sobie osoby. Działania te umożliwiły władzom zatrzymanie aktywnych uczestników. W ciągu doby aresztowano kilkaset osób. Do 3 lipca liczba zatrzymanych wyniosła już 629 osób. Połowę z nich po wstępnym przesłuchaniu zwolniono. Aresztowania trwały jednak także w następnych dniach, osiągając liczbę 746 osób. Zatrzymani oskarżani byli o zbrojną walkę z władzą, napady na gmach UB, więzienie, sąd i prokuraturę. Analiza składu socjalnego zatrzymanych przeczyła jednak tezie o imperialistach. W grupie tej dominowali bowiem robotnicy. Byli wśród nich nawet członkowie partii i komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej. Dla rodzin zatrzymanych był to straszny okres, bowiem władze nie powiadamiały ich o aresztowaniach. Natychmiast przystąpiono też do prowadzenia śledztwa. Celem politycznym, narzuconym przez partyjne władze, było udowodnienie tezy, że to, co zdarzyło się w Poznaniu, było dziełem imperialistycznych agentów oraz inspirowanego przez nie podziemia w kraju, a głównym zadaniem było obalenie przemocą ustroju socjalistycznego w Polsce. Powszechną formą przesłuchań było bicie zatrzymanych. Szczególnie aktywni byli na tym etapie milicjanci, oskarżani przez władze o niewłaściwe zachowanie w dniu 28 czerwca. Teraz znęcali się nad zatrzymanymi, bijąc ich i kopiąc. Aresztowanych przepuszczano przez szpaler milicjantów, którzy bili ich pasami (tzw. ścieżki zdrowia). W ten sposób starano się wymusić zeznania potwierdzające tezy oskarżenia.
Autor prof. dr hab. Stanisław Jankowiak
fragment artykułu pochodzi z książki „Poznański Czerwiec 1956 r w prasie i pamięci”.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Całość dostępna w książce.